Czytelniku 9
Strona 26-31
Gdzieś na początku 1940 r. mieliśmy wiadomość, że mój brat bliźniak znajduje się w Stanisławowie. Jakąś drogą zaczęły od brata przychodzić listy, my też posłaliśmy do niego. Pisaliśmy, że jakoś życie się układa mimo ciężkich warunków. Widocznie wobec takiej sugestii brat zawiadomił nas, że wraca. Po kilku miesiącach przyszedł do domu, przyszedłszy ze Stanisławowa i gdzieś pod Brześciem przeszedł granicę w warunkach klimatycznych fatalnych, ale wrócił. Był chyba luty, gdy zjawił się w domu.
Niestety nasze przewidywania nie były uzasadnione i po miesiącach, gdy sytuacja się z dnia na dzień pogarszała, a w domu zaczęło brakować chleba i pieniędzy, szukaliśmy pracy, której zresztą nie oferowano.
Wiosną 1940 dobrzy sąsiedzi Polacy ofiarowali nam działkę ziemi, na której spodziewaliśmy się zebrać jakieś plony. Tymczasem Urząd Celny zatrudnił, oczywiście bezpłatnie, mojego młodszego brata w swym garażu do czyszczenia samochodów i przygotowania ich do jazdy.
Ponieważ park samochodowy powiększył się zmuszano go do bezpłatnej pracy. W międzyczasie, żeby żyć, pracowaliśmy na budowie domów przy noszeniu cegły i materiałów budowlanych, czy też na stacji kolejowej przy wyładunku tłucznia kamiennego. Była to praca akordowa, system, jakiego nie zaznałem w życiu – żeby zarobić na życie należało wypróżnić 2 wagony po 20 ton każdy w ciągu jednego dnia.
Tymczasem w mieście władze niemieckie prowadziły ścisłą kontrolę nad Żydami, zarządzając rejestrację nie tylko osobową, ale i majątkową. Wszystkie sklepy żydowskie i przedsiębiorstwa zostały opieczętowane, nie bez pomocy i wskazówek miejscowej ludności. Tak więc właścicielom sklepów spożywczych czy innych uniemożliwiono sprzedaż towarów, z których mogli sobie zabezpieczyć jakie takie życie na miesiące najbliższe.
By zdobyć środki na utrzymanie zaczęto sprzedawać pozostałą czy ukrytą jeszcze biżuterię przed esesmanami, którzy na własną rękę okradali domy żydowskie wg listy imiennej i żądali wydania złota, biżuterii, a nawet przeprowadzali rewizje, kradnąc co się da. Możliwe, że z polecenia władz zwierzchnich skonfiskowali w zimie 1939/40 futra i ciepłe dobre okrycia, narty i oczywiście zabroniono posiadania aparatów fotograficznych. Po rewizjach zaczęli Żydzi sprzedawać okrycia osobiste, bieliznę a w końcu i meble. Polacy zdawali sobie doskonale sprawę z pogarszającej się sytuacji żydostwa, wykorzystywali tę sytuację, kupując np. fortepian, nie mając pojęcia co z tym zrobić.
