Czytelniku 6
Jaworów
W centrum miasta wielopokojowa willa z wydłużonym ogrodem, którego dalsza część należała do miejscowego lekarza, zmobilizowanego do Wojska Polskiego. Już po kilku dniach okazało się, że nasza ucieczka przed nadciągającymi Niemcami była złudzeniem. Zjawili się ich przedstawiciele w mundurach i z oznakami trupich czaszek SS. Oczywiście, że pracę rozpoczęli od razu, ale nie tę administracyjną, lecz zaczynając od niszczenia tego, co polskie i żydowskie. Zdaje mi się, że to był czwartek.
W piątek wieczorem będąc w podwórzu domu zauważyliśmy olbrzymi dym nad miastem. Coś gdzieś się paliło, do willi wpadli gestapowcy wyciągając mnie z domu i zawlekli w kierunku pożaru. Paliła się bóżnica. Dach spadł już do środka, od łuny pożarowej zajęły się już malowidła na ścianach i pomyślałem, że to musi być największa bóżnica w mieście. Wokół bóżnicy było bardzo wielu ludzi usiłujących gasić, ale to co zauważyłem było parodią gaszenia. Bo przecież używając tylko wiaderek nie można było nawet zbliżyć się do płonącego budynku, od którego szedł żar trudny do wytrzymania. I mnie dano do ręki wiaderko, ale ja zamiast pójść po wodę, zacząłem się oddalać powoli, a potem coraz szybciej od pożaru.
W pewnym momencie przestraszyłem się nie na żarty, gdy usłyszałem „Wer da?”, odpowiedziałem po niemiecku, że idę po wodę. Oddaliłem się spokojnie, po to by przyspieszyć następnie marsz. Odnalazłem w nocy naszą willę, nie wchodząc do domu zakradłem się do ogrodu i ukryłem się w owej dalszej części ogrodu, w burzanach kukurydzy, której wielkimi liśćmi nakryłem się, bo noc była bardzo chłodna, choć nieopodal paliła się bóżnica. Rano, dowiedziawszy się, że wszyscy są w domu, wróciłem do willi.
Niemcy kazali opuścić Jaworów wszystkim Żydom w ciągu trzech dni. Wzięli zakładników, żeby akcja przebiegła sprawnie, a sami rabowali i przywłaszczali sobie majątek żydowski. W domu dra Schnappa zjawili się ostrzegając, by żaden z mieszkających nie opuszczał domu pod karą śmierci. My oczywiście jeszcze nie wróciliśmy, gdy już następnego dnia zjawili się powtórnie rozkazując, by zjawili się tylko mężczyźni. Było nas tylko trzech – ja, mój brat i aptekarz.
Rozpytali każdego o zawód, widocznie jako prawnik bardziej im odpowiadałem, gdyż mnie zabrali nie dając nawet możliwości pożegnania z bratem. Zaprowadzono nas do budynku z czerwonych cegieł, magistratu jak się dowiedziałem, osadzono mnie w areszcie, w którym już było kilka osób. W ciągu kilku następnych godzin liczba Żydów w celi powiększyła się do 20. Cela, która z trudem mogła pomieścić 6 osób, miała 20.
Było nas kilku w wieku około lat 30, reszta starsi aż po staruszka lekarza o średnim wzroście. Oczywiście spędzenie nocy w tych warunkach dla 20 ludzi nie mających pojęcia, co ich w bliskiej przyszłości czeka, było nie do zniesienia.
O spaniu nie mogło być mowy, każdy myślał o swojej rodzinie i o losie, który go czeka. Już następnego dnia ilość w celi przerzedziła się. Starsi panowie zostali zwolnieni prawdopodobnie na skutek interwencji, na 3 dzień znów odeszła pewna grupa, tak że we czwartek pozostało w celi 8 osób. Już w godzinach przedpołudniowych tego dnia otwarły się drzwi, a w nich 3 gestapowców, którzy nam obwieścili, że ponieważ mieszkańcy Żydzi dotrzymali warunków i opuścili w środę Jaworów – oni, Gestapo, nas zwalniają pod warunkiem, że odejdziemy w kierunku wschodnim.
