Czytelniku 5
Strona 9-20
W Łańcucie stwierdziliśmy stan podobny jak w mijanych miasteczkach. Popłoch, pakowanie się i ucieczkę widać było szczególnie wśród ludności żydowskiej. Kierując się nazwiskami na szyldach wstąpiliśmy do domu dawnego eksportera jaj, gdzie ugoszczono nas bardzo gościnnie i namawiano do pozostania w Łańcucie. Powodowani namowami aptekarza ruszyliśmy jednakowoż w dalszą pielgrzymkę po tym, gdy nam powiedział, że musi dostać się do Jaworowa do swej żony, którą wysłał przed 1 IX i gdzie zapewniał nam pobyt na jego koszt. Zdawaliśmy sobie sprawę, że rannego człowieka nie możemy porzucać, puściliśmy się dalej. Z dworu księcia łańcuckiego przywłaszczyliśmy sobie konie z wozem i tym zaprzęgiem dotarliśmy w okolice Jarosławia na drugą stronę rzeki San. Ponieważ było pod wieczór, a głodni też byliśmy, troską naszą było znaleźć nocleg. Mieliśmy szczęście znaleźć nie tylko wygodny nocleg, ale też być ugoszczonymi dobrą kolacją. W domu tym byłem po raz pierwszy świadkiem obrządku grecko-katolickiego, według reguły staruszka, który po odmówieniu modlitwy ułożył się w skrzyni wąskiej i długiej, na której wcześniej siedzieliśmy.
Przekraczając Sam byliśmy świadkami przeprawy przez rzekę małego oddziału artylerii. Konie zaprzęgowe nie mogły wyciągnąć działa z wody pomimo otrzymanych batów i przekleństw. Dalszego ciągu tej przeprawy nie oglądaliśmy, gdyż naszą uwagę zajęły samoloty niemieckie próbujące atakować most. Tu też byłem świadkiem lądowania polskiego dwupłatowca, z którego ogona już się kurzyło. Prawdopodobnie nie było co ratować, bo pilot spiesznie oddalał się od miejsca lądowania.
Dalszą drogę odbywaliśmy już tylko pieszo, a to z częstymi zmianami opatrunków na nodze biednego aptekarza. Gdzieś 10 czy 11 IX dobrnęliśmy do Jaworowa, nie pamiętam niestety czy rano czy po południu, ale pamiętam, że byliśmy tak wyczerpani fizycznie i nerwowo, że po spiesznych oblucjach zasnęliśmy do następnego rana nic nawet nie jedząc.
