Czytelniku 4

Poprzednia strona

Tu muszę wspomnieć, że spotkaliśmy w drodze za Tarnowem parokonny zaprzęg, w którym rozpoznałem swych krewnych ze strony matki zmierzających też na wschód. Oczywiście naszą prośbę o miejsce na wozie odrzucono nieżyczliwie, a nawet groźnie. Pomyślałem, że łacińskie przysłowie homo homini lupus est znajduje na wszystkich szerokościach geograficznych swe potwierdzenie.

Już za Tarnowem byliśmy świadkami porzucenia auta przez właściciela niemającego rezerwy benzyny. W dalszej drodze widzieliśmy porzucone walizy i różnego rodzaju paczki, a z jednej z waliz już rozbitej wyglądała zastawa stołowa ze srebra. Wydaje mi się, że przed Sędziszowem w jakimś małym miasteczku po stwierdzeniu, że jesteśmy głodni i bez rezerw żywnościowych okupowaliśmy piekarnię, skąd z daleka zalatywał zapach świeżo pieczonego chleba.

Po zaopatrzeniu się ruszyliśmy dalej, żeby w tych wczesnych godzinach być przedmiotem atakujących samolotów, nurkujących w locie ku ziemi; hałas i panika. Rozpierzchnęliśmy się, by spotkać się ponownie i stwierdzić, że nasz aptekarz jest ranny od odłamków bomby. Zboczyliśmy z drogi ku wsiom i najętą u jakiegoś gospodarza furmanką dotarliśmy do Łańcuta.

Do następnej strony