Czytelniku 12
Główny inżynier miał to na pewno na względzie gdy po 2 miesiącach przybył do lagru i powiedział mi, żebym wyszedł, gdyż chce ze mną rozmawiać. Był to Austriak pochodzący z Wiednia czy Innsbrucku, miał do mnie dużo zaufania z przeszłości, gdyż dawał mi pieniądze na zakupy i nie kontrolował rachunków.
Podczas spotkania, które odbyło się na osobności na spacerze, rzekomo pokazując mi budowę, powiedział mi wprost, że nie chce więcej widzieć u siebie przybyłą grupę znad Bugu, że przydzieli mi 100 bochenków chleba i bym się tym zajął natychmiast. Zrozumiałem aluzję, wróciłem do lagru, wszedłem do hali, gdzie prawie połowa z nich spała. Powiedziałem im, że każdy dostanie porcję chleba, że Kraków nie daleko, że nie będzie pościgu za nimi, że jeśli mają niedaleko rodziny, mogą je odwiedzić. Jednym słowem 2-3 dniowy urlop.
Było to w sobotę po południu, rano został tylko jeden młody chłopiec Icchak z Łodzi, który tłumaczył mi, że nie odszedł, bo nie ma gdzie. Pochodzi z Łodzi, nad Bug zesłano tam z Łodzi transport młodych Żydów do pracy. Łódź leży w Rzeszy, on nie ma pieniędzy i nie umie się przekradać przez granicę. Pozostał.
Gdy po pewnym czasie rozeszła się pogłoska, że firma organizuje grupę ludzi do pracy do Chełmu nad Bug, a w biurze jeden z urzędników (z Poznańskiego) powiedział mi, że będę objęty listą na wyjazd, zgłosiłem się natychmiast do tego lekarza Polaka, który wydał mi świadectwo niezdolności do pracy na okres 4 dni, które przedłużył mi inny lekarz na następne 14 dni, przez co opuściłem obóz pracy, udałem się do domu Rodziców w Makowie. W międzyczasie odjechał transport, a ja uniknąłem niewiadomego losu.
Tutaj zakończył się pisany ręcznie czytelnik
